single-image

Huraganowa Matka. Każda z nas ma prawo do złości, ale…

Aleksandra Broda

Nie oszukujmy się – czasami każda z nas się denerwuje. Niekiedy wystarczy jeden mały, malutki, najmniejszy punkt zapalny, aby nerwy wzięły nad nami górę. Nieważne co to jest – być może błahostka: potknięcie się o krawężnik, czy nawet złamanie obcasa. Albo dzieci – oj te, to potrafią dać w kość! Dodajmy do tego stres spowodowany ludzką egzystencją lub PMS. I wtedy, z mamy i kobiety stajemy się huraganową Barbarą. Huraganową Matką. I nic nie jest w stanie powstrzymać naszego nędznego humorku, prawda?

Dlaczego tak się w ogóle dzieje? Dlaczego potrafi wyprowadzić nas z równowagi rzecz, która nie ma najmniejszego znaczenia? I dlaczego, tak trudno nam opanować złość? I wcale nie musimy walić pięścią w ścianę lub krzyczeć. Bo ta złość często objawia się podwyższonym ciśnieniem, obniżonym progiem tolerancji i łatwością wyprowadzenia z równowagi. Chodzimy nabuzowane przez cały dzień, jesteśmy jak tykająca bomba albo właśnie huragan. A kiedy nerwy już opadną, to mamy ochotę przeprosić za wszystko swoje dzieci. Mamy ochotę płakać i błagać, aby zapomniały o wszystkim. I boimy się, cholernie się boimy, że nie zapomną. Że nie zapomną naszej złej miny. I że nie zapomną naszych przykrych słów.

Jesteśmy tylko ludźmi, od których oczekuje się zbyt wiele. Wszelkie wartości są pomijane na rzecz super pracy, wysprzątanego mieszkania i ekstra luksusowego życia. Nikt nie widzi tego, jak bardzo dbasz o ognisko domowe, ale wszyscy widzą, jak codziennie jeździsz autobusem, a powinnaś już dawno zarobić na swoje auto. Nie lubimy przyznawać się do słabości, gorszych dni lub upadków. Boimy się tej krytyki i boimy się, że ktoś pomyśli, że sobie nie radzimy. I nie chcemy się przyznawać, że głupia rzecz wyprowadziła nas z równowagi. Że sprawiła, że znowu poczuliśmy się słabi. Więc jak nam odleci obcas albo dziecko nas czymś zdenerwuje, milczymy. Zatajamy nawet przed sobą fakt, że czujemy się źle. A jeśli ta jedna rzecz podniesie ciśnienie, to szybko przypominamy sobie o reszcie. Wtedy to już prawdziwy wewnętrzny armagedon.

Ile razy pchałam wózek i płakałam. Ile razy łzy ciekły mi po policzku, kiedy robiłam obiad. Ile razy gryzłam się w język, aby moją złością nie skrzywdzić dziecka – tego nikt nie zliczy.
Bo złość, to taki wewnętrzny smutek, który przybiera agresywną formę. I nie da się sprawić, żeby złość znikła z naszego życia na dobre. Można jedynie nauczyć się z tą złością radzić.

Kiedy złość jest u nas na porządku dziennym – trzeba udać się do psychologa lub psychiatry. Nie ma innej opcji, bo może okazać się, że potrzebujemy pomocy. Kiedy jednak dopada nas od czasu do czasu i powoduje, że krzywdzi i nas i innych, trzeba nauczyć sobie z nią radzić. Ale radzić, to nie znaczy tłamsić. Radzić to znaczy wypłakać się, spisać wszystkie swoje myśli, a nawet krzyknąć do ściany. Radzić to znaczy policzyć do dziesięciu, a nawet jeśli trzeba, to do stu. I wziąć głębokie wdechy. To pomaga. Ale jest jeszcze coś, co pomaga bardziej. Wystarczy do kogoś zadzwonić lub z kimś porozmawiać „na żywo”.

– Słuchaj. Przepraszam, że Ci zawracam głowę, ale ja z takim nietypowym problemem… Wkurzyłam się, bo…

I możecie pośmiać się z tego razem, możesz wypłakać się nawet w słuchawkę. I zobaczysz, jak Ci wszystko ODEJDZIE. Odejdzie z Ciebie, jeśli przyznasz się, że jesteś zła. Bo nie ma bardziej szczerych uczuć, niż miłość i złość. Wystarczy czasami wykrzyczeć i przyznać się: „JESTEM ZŁA. WYPROWADZIŁA MNIE Z RÓWNOWAGI BŁAHOSTKA. MAM DO TEGO PRAWO. ALE PORADZĘ SOBIE Z TYM, JEŚLI TYLKO BĘDĘ CHCIAŁA. A JEŚLI NIE BĘDĘ W STANIE, A GNIEW MNIE PRZEROŚNIE, TO UDAM SIĘ PO POMOC”.

Nie tłamśmy, rozmawiamy. Poznajmy swoje uczucia.

Zobacz również

# Ku przestrodze
close slider
TWOJA HISTORIA KU PRZESTRODZE (4)